Sprawa Wekmana – Smokopolitan

Sprawa Wekmana

Smokopolitan 8

rok 2017
 
 
 
 
 

Rikard Nowak – przeczytała rekruterka, przesuwając pulchnymi palcami po papertonie.

Skinąłem głową. Pamiętałem czasy, gdy na początku rozmowy o pracę starałem się nawiązać kontakt wzrokowy, a moje usta rozciągały się w sympatycznym uśmiechu. Dawno temu, kiedy najsłabszym punktem CV było to dziwne imię.

Ostatni etap studiów ukończony przed czasem już w wieku dwudziestu siedmiu lat, potem roczny staż w Stanach i kariera w Segati Corporation… – czytała dalej kobieta.

Trzymała papertona pod takim kątem, że nie widziałem, z której bazy ściągnęła moje dane. Nie miało to jednak znaczenia.

Po drugiej stronie biurka siedzieli jeszcze dwaj mężczyźni, ale chyba nie słuchali monotonnie recytowanej listy stanowisk i certyfikatów. Podobnie jak większość osób starali się na mnie nie gapić, więc ich wzrok błądził po całym pomieszczeniu, omijając wychudzoną postać na tle wielkiego fotela.

Trzy lata temu awansowałeś na managera obszaru Środkowej Europy i wkrótce po tym odszedłeś z firmy – powiedziała kobieta, po raz pierwszy patrząc mi w oczy.

Nie musiałem się tłumaczyć, bo żadne pytanie nie zawisło w powietrzu. Wystarczył im jeden rzut oka na kościste palce i sztruksową marynarkę, nieudolnie skrywającą wyniszczone chorobą ciało. Doskonale wiedzieli, co się ze mną działo przez te trzy lata. Chociaż nie. Biorąc pod uwagę ich pulchne policzki i z trudem maskowaną odrazę, nawet nie potrafili sobie wyobrazić jednego dnia z TFH.

Obawiam się, że oferowane przez nas stanowisko wymaga niższych kompetencji niż twoje – powiedziała rekruterka.

Uważam, że ta praca pozwoli mi lepiej poznać firmę i udowodnić swoją przydatność – odpowiedziałem automatycznie, jak interaktywna zabawka, której zaprogramowano gotowe kwestie.

W takim razie witamy w zespole. Możesz zacząć w poniedziałek o ósmej? – Kobieta uśmiechnęła się sztucznie.

Otworzyłem usta i przez dłuższą chwilę szukałem dawno zapomnianych słów. Na tą okoliczność nie przygotowałem żadnej odpowiedzi, bo nie miała prawa się wydarzyć. Wydawało mi się, że podłoga pod moimi stopami zaczyna się rozpadać, jakby całe to biuro zbudowane było z konwencjonalnych zdań, które powinny następować jedno po drugim.

Brałem udział w rekrutacjach, bo taki był warunek otrzymywania rządowego zasiłku. Na szczęście nikt mi nie kazał wierzyć w znalezienie pracy.

Dziękuję – wyjąkałem.

Nie pamiętam, czy się pożegnałem i kiedy wyszedłem z biura. Widok szerokiego korytarza, zaaranżowanego na poczekalnię, był pierwszym obrazem, jaki przebił się do świadomości.

Siedzący pod ścianą ludzie nerwowo zerkali na moje buty, jakby patrzenie na chorego było nietaktem. Ci bardziej ambitni udawali, że czytają coś na kindlach, inni grali na multiphonach. Kobiety poprawiały bluzki opinające wałeczki tłuszczu, a mężczyźni próbowali poluźnić kołnierzyki koszul boleśnie wrzynające się w nalane szyje. Byli zdrowi. Bez względu na to, ile punktów udało im się zgromadzić w systemach rekrutacyjnych, nie miałem z nimi szans.

Nie powinienem mieć.

Pracowałem w korporacjach dostatecznie długo, by odróżniać losowe zdarzenia od starannie skalkulowanych decyzji. Zatrudnienie osoby z TFH nie mogło być przypadkiem.

 

Czytaj dalej w Smokopolitanie…