Śląska legenda
Śląskie fantazje
rok: 2015
– Która godzina, Alfred? – pyta Marta.
Odstawiam kubek i zerkam na zegarek. Mogłaby to sobie sprawdzić na komórce, więc nie wiem, czy zapytała, żeby ze mnie zakpić, czy jednak mnie podrywa.
Ojciec zawsze powtarzał, że baba mo ino dobrze warzyć i cołkiej wypłaty nie zabierać. Wciąż zastanawiam się, jak dopasować jego złotą myśl do baby, która potrafi ugotować tylko krewetki albo ryż do sushi i jeszcze zarabia więcej od mnie.
Marta jest prawdziwym Account Managerem przez duże A.M. Dziewczyna nie ma ani śląskiego akcentu, ani zwalistej sylwetki chłopa na budowie, ani imienia od czapy. W przeciwieństwie do mnie…
– Za trzy minuty będzie dwudziesta – odpowiadam.
– Cholera! Trzymaj kciuki, żeby się spóźnił. – Ostatnie słowa wypowiada, wybiegając z kawiarni.
Siedzimy w Galerii Katowickiej, więc do dworca nie ma daleko. Z drugiej strony mogła poczekać na następny pociąg, przecież zostawiła prawie całą kawę. Nie rozumiem, dlaczego takie kobiety wiecznie gdzieś biegną, jakby w domu czekała na nie szóstka dzieci, a nie nowa mata do jogi i kurs japońskiego.
Kończę swoją kawę, choć głupio się czuję, siedząc samotnie przy dwóch kubkach. Szkoda mi jednak kasy, za którą mógłbym kupić kilo krupnioków zamiast przesłodzonej lury.
Z pieniędzmi będzie krucho, dopóki nie spłacę zegarka. Koledzy nie przestawali się ze mnie nabijać, odkąd powiedziałem, ile zapłaciłem. No dobrze, może da się za to kupić niezłe auto, ale wielu ludzi stać na taki samochód, a nie znam nikogo, kto by miał taki zegarek. Chociaż muszę przyznać, że na używane bmw z Niemiec wyrwałbym kilka dziewczyn, a na nowiutkiego vulcaina jakoś się jeszcze nie udało.
Wychodzę na rozświetlony pasaż galerii handlowej. I na co tyle wszystkiego? Osobny sklep z rajstopami, osobny z majtkami, osobny z bluzkami, a u pani Jadzi to baby miałyby wszystko w jednym miejscu i nikt się tam nie tłoczy.
Ktoś nagle wpada na mnie. Dzieciak ma może dwanaście lat, ale kto w dzisiejszych czasach umie to ocenić na oko?
– Jo żech nie chcioł – mruczy chłopak.
Gapię się zaskoczony na szczyla. Myślałem, że jestem jednym z ostatnich reliktów pokolenia, które uczono tylko śląskiego. No, może na wsiach i w rozsypujących się familokach jeszcze się tak robi, ale chłopak nie wygląda na jedno z dzieci zbierających węgiel na hałdach. Wystarczy jeden rzut oka na smartfona wypychającego kieszeń zielonych jeansów.
– Następnym razem uważaj – odpowiadam.
W sumie co mam gówniarzowi powiedzieć? Synek odwraca się na pięcie i idzie spokojnie do wyjścia. Dziwne, przecież dopiero co tak mu się spieszyło w przeciwnym kierunku… Wiedziony złym przeczuciem dotykam nadgarstka.
– Mój zegarek! – krzyczę. – Łapcie go!
Dzieciak śmieje się, gdy obrotowe drzwi odgradzają go ode mnie.
– Łapcie złodzieja! – wrzeszczę, biegnąc za nim.
Nikt jednak nie rzuca się na chłopaka, a szklane skrzydło przesuwa się spokojnie centymetr po centymetrze. Gdy rozgoryczony uderzam w nie ręką, zatrzymuje się na długie sekundy. Uwięzieni ludzie patrzą na mnie z pretensją i odsuwają się, jakby mieli do czynienia z pijanym.
– Łapcie tego dzieciaka! – krzyczę, gdy udaje mi się wydostać na zewnątrz.
Na dworze jest już ciemno, a pojedynczy przechodnie gapią się zaskoczeni. Trzy lata kredytu konsumenckiego uciekają beztrosko w stronę rynku. Podeszwy markowych butów gówniarza wywołują echo na pustej ulicy. Nie mam innego wyjścia, jak rzucić się w pogoń za chłopakiem.
Gonię go przez 3 Maja, potem przez rynek i pod Wyspiańskim. Tracę złodzieja z oczu już w pierwszej ciemnej uliczce. Biegnę jednak dalej aż do mostu nad Rawą. Dopiero tutaj muszę przyznać, że dookoła nie ma żywego ducha, a ja nie mam pojęcia, gdzie ukrył się dzieciak.
– Oddaj zegarek, to nie zgłoszę sprawy na policję! – krzyczę.
Przełykam gulę żalu i wstydu. Już widzę, jak się będą śmiali policjanci albo koledzy w pracy. Tylko ciul kupiłby zegarek za trzydzieści tysięcy i dał go sobie gwizdnąć pierwszemu lepszemu smarkaczowi, w dodatku Ślązakowi. Żeby to chociaż gorol był!
– A nie godała ci oma, cobyś na gruba poszoł?! – pyta nagle głos gdzieś z pod mostu. – Myńszo gańba by była, niż robić w Sosnowcu.
– Niech jo cie ino chyca, podciepie! – krzyczę.
Próbuje zejść na dół, ale noga odjeżdża mi na wilgotnej trawie i niewiele brakuje, a zjechałbym po wale wprost do brudnej rzeki. Wytężam wzrok, lecz pod mostem też nikogo nie ma. Cholera, chłopak musiał mnie śledzić, skoro wie, gdzie pracuję. Dotykam wewnętrznej kieszeni kurtki, aby upewnić się, że nie rąbnął mi też dokumentów. Są.
– Co to za robota jest, ten akunt?! – pyta gówniarz daleko przede mną.
Powoli ruszam przed siebie, a smród Rawy nieustannie przypomina mi, co się stanie, jeśli tym razem się poślizgnę. Gnojek dogaduje mi zupełnie jak koledzy z osiedla. Moi rówieśnicy, którzy otwierają okna i razem ze swoją babą obserwują ulicę, wsparci na poduszkach jak babcie.
– W Sosnowcu tyż nie mosz lekko z tom ślonskom godkom! – krzyczy głos, tym razem za mną.
Co, u diabła? Dzieciak wdrapał się na górę tylko po to, żeby zejść nad rzekę za moimi plecami? Usłyszałbym go przecież w tej ciszy. W którą stronę mam teraz iść?
– Oddowej cyferblat, kradzioku! – wrzeszczę.
Nagle coś łapie mnie za nogę i próbuje wciągnąć do Rawy. Upadam na ziemię. Czuję błoto pod palcami i zimną wodę wlewającą się do buta. Łapię się, czego tylko mogę, próbując odczołgać się od rzeki, ale i tak wpadam do środka. Jestem prawie w centrum miasta, a pusto jak na odludziu.
Prąd porywa mnie coraz mocniej. Coś ciągnie w dół. Chyba korzeń, bo co innego mogłoby to być? Niesie w stronę centrum, choć przysiągłbym, że rzeka nie płynie w tym kierunku. Jerona, jaka rzeka?! Przecież to tylko wysychający ściek! Skąd tu tyle wody? No i dokąd zmierzam? Chyba nie pod miasto? Zaraz wpadnę do betonowego koryta, które ciągnie się pod chodnikami Katowic! Bóg jeden wie, na jakim odcinku i czy człowiek może to przeżyć.
– Pomocy! – krzyczę. – Jezusie, pomocy!
Nagle zatrzymuję się w miejscu i zaczynam płynąć w przeciwnym kierunku. Ciężar znika z kostki i udaje mi się wygramolić na brzeg. Nogami zawadzam o koryto rzeki, jakbym cały czas miał je tuż pod stopami.
Oddycham ciężko i jest mi potwornie zimno. A może te dreszcze to ze strachu? Długo siedzę na brzegu, zastanawiając się, co dalej. Powinienem jak najszybciej iść na policję albo do ochrony Galerii. Jak jednak mam im się teraz pokazać, wytłumaczyć, że wpadłem do Rawy, goniąc złodzieja? Nikt mi przecież nie uwierzy.
Trzęsąc się, wychodzę na brzeg i wlokę się na przystanek. Ludzie odsuwają się ode mnie jak od menela. Przynajmniej bez trudu znajduję wolne miejsce w autobusie. Stracić zegarek i wpaść do Rawy jednego dnia – tylko mnie mogło się coś takiego przytrafić…