Prawi – Esensja

Prawi
magazyn Esensja
rok 2015

 
 
 
 
 
 
 

Znowu obudził mnie ból. Najbardziej bolała prawa ręka. Nie nogi – tych nie czułam wcale. Lekarze na razie nic o tym nie mówili, ale przecież byłam dostatecznie duża, żeby wiedzieć, co to oznacza. Widziałam kilka filmów, w których ludzie w szpitalu nie mogli poruszyć stopą, a potem okazywało się, że resztę życia spędzą na wózku. Bardzo często jednak wstawali, gdy tylko mocno w to uwierzyli, więc nie traciłam jeszcze nadziei.
Twarzy też nie czułam, ale w zupełnie inny sposób. Chwilami przebiegały po niej ciarki albo drętwiała, tak jak nogi, gdy siedzi się zbyt długo w jednej pozycji. Po zastrzyku zdarzało się, że nawet język zamieniał się w kołek. Pielęgniarka powiedziała, że podaje mi miejscowe znieczulenie i nie mogę dotykać buzi, żeby szwy się ładnie goiły.
Wiedziałam, że kłamie, bo był to ten charakterystyczny typ kłamstwa, jakiego używają dorośli. Mówią „Bądź grzeczna, bo Mikołaj przyniesie ci rózgę” albo „Jedz warzywa, to szybciej urośniesz”, a przecież muszą się domyślać, że już im nie wierzę. Mimo to stosuję się do ich zaleceń. To taka nasza niepisana umowa. Wszyscy udajemy, że mówią prawdę.
Nie dotykam więc bandaży przysłaniających twarz, a czasem nawet się zastanawiam, gdzie są te szwy i czy będzie je bardzo widać, jak dorosnę.
Lewa ręka jest cała. Miała szczęście, skoro nawet zadrapań jest na niej niewiele. Mogę wzywać pielęgniarkę albo sama sięgnąć po wodę ze słomką.
Z wyliczenia wynika więc, że tylko prawa ręka powinna mnie boleć. Ramię znajduje się dostatecznie wysoko, bym nie straciła w nim czucia. No i nie można zrobić zastrzyku. Nie można, bo prawej ręki wcale nie ma. Pielęgniarka mówi, że to, co zostało, jest znieczulone i tylko mi się wydaje. Na początku kłóciłam się z nią, że jestem pewna, ale robiła się wtedy smutna i patrzyła tak, jakby nic dobrego w życiu mnie już nie czekało. Nie lubiłam tego spojrzenia.
Zauważyłam, że ktoś naciska klamkę, i zamknęłam oczy. Wolałam udawać, że śpię, niż oglądać te wymuszone uśmiechy. Najgorsi byli moi rodzice. Miałam wrażenie, że tuż przed wejściem chowają mokre od łez chusteczki, a rozmawiając ze mną, rozciągają usta w grymasie uśmiechu, na który nie dałaby się nabrać nawet moja młodsza siostra. Zresztą będę ją mogła o to zapytać, jak tylko wyzdrowieję na tyle, żeby przejść do pokoju obok.
Do środka weszły dwie pielęgniarki. Wiedziałam, że to one, jeszcze zanim się odezwały. Ich buty były znacznie cichsze niż pantofle lekarzy czy foliowe nakładki rodziny.
– W dzisiejszej gazecie napisali, że kierowca mógł być pijany – szepnęła jedna z nich.
– Nie wierzę, że ktoś, kto przewozi dzieci, był aż tak nieodpowiedzialny – odparła druga.
Przez chwilę milczały. Zdaje się, że zbliżyły się do mojego łóżka.
– Dużo śpi – powiedziała ta pierwsza, jakby nabrała podejrzeń.
– Po takiej dawce leków? – spytała druga, choć miałam wrażenie, że to bardziej odpowiedź niż pytanie.
Myślę, że druga była starsza. Mówiła zupełnie tak, jakby tłumaczyła coś oczywistego.
– To jej siostra zmarła dzisiaj rano? – odezwała się znów pierwsza.
– A brat zginął na miejscu – uzupełniła druga swoim nauczycielskim tonem.
Wiem, że nie wyszły od razu. Wymieniły jeszcze kilka uwag i to może nawet na mój temat. Chyba ich już nie słyszałam lub tylko nie zapamiętałam słów. Powinnam była wybuchnąć płaczem. Dlaczego tego nie zrobiłam? Przecież nie byłam za mała, by zrozumieć. Udawałam, że śpię. Wydaje mi się, że zanim drzwi zamknęły się cichutko, ta pierwsza powiedziała „Jej rodzice zrobiliby wszystko, żeby to się nie stało”.
Czasami nie jestem pewna, czy nie dopowiedziałam sobie tego po latach. Rzeczywiście, moi rodzice zrobili wszystko. Wstyd mi za siebie, ale cieszę się, że to była ich decyzja, a nie moja. Czy na ich miejscu postąpiłabym tak samo? Nie potrafię powiedzieć. Nie dziś, gdy już znam cenę.